Boks czy „wolna amerykanka”?

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestEmail this to someone

Zdarzyło mi się ostatnio obejrzeć w zaciszu domowym emocjonującą walkę. Jako, że bilety na takowe walki są dosyć drogie, nie stać mnie na takie wyskoki. Zresztą i tak nie mam na to czasu. Zasiadłem zatem wygodnie w swoim pluszowym fotelu, który otulił mnie swym ciepłem na tyle skutecznie, że prawie zasnąłem. Z letargu obudziły mnie hałasy dochodzące z ulicy. Dwie sąsiadki plotkowały na temat innych lokatorów. Aby tego nie słyszeć włączyłem wysłużonego kompa, którego ciche buczenie skutecznie zakłóciło przepływ ulicznego gwaru.

Po chwili serfowania po różnych wirtualnych stronach, znalazłem te właściwą. Moim oczom ukazała się ciekawa walka, której wynik długo był nierozstrzygnięty. Zacznijmy od początku. Na kolorowym ringu pojawiło się dwóch zawodników, którzy wyłonili się z mgły pojedynczych kliknięć. Nicki ich były mało znane. Walka zapowiadała się krótka i nudna. Jednak z upływem czasu coraz bardziej przyciągała mnie do monitora ciągła wymiana ciosów i samozaparcie zawodników. Na początek rozpoznanie zawodników. Następnie kombinacja haków, prostych i sierpowych. Widać było, że obaj zawodnicy mają mocne szczęki i trzeba będzie trochę poczekać, aż któryś padnie na deski. Po dłuższym czasie uwidoczniła się lekka przewaga tego, który posłał do boju wszystko co najlepsze. Okładanie się nie miało końca. Drugi z zawodników ograniczał się tylko do obrony, Walka była długa i zażarta. W pewnym momencie zawodnik atakujący powoli zaczął dostawać zadyszki (chwiejny krok i słabość ciosów). Być może spowodował to cios w wątrobę,bądź słaba kondycja fizyczna(mała ilość bidów). Jego ciosy były pojedyncze i często chybione. W tym momencie drugi zawodnik przeczuwając szybki koniec, przeszedł do ataku. Posypał się grad ciosów bidowych i nieuchronna porażka zawisła nad głową oponenta. Jego hart ducha zgasł, a trener rzucił na ring ręcznik.

Wydawało się, że to już koniec. Nic tych rzeczy! Na ringu pojawił się nagle kolejny rządny wrażeń zawodnik (zwany potocznie hieną). Z werwą ruszył na mocno osłabionego przeciwnika. Jego nick był znany starym wyjadaczom, dlatego tylko biernie obserwowali rozwój sytuacji. Po dłuższej chwili mocno poobijany zawodnik walczący od początku, odpuścił i zakończył nierówny bój. Zrobił słusznie, gdyż dalsza wymiana ciosów poskutkowałaby najpewniej wizytą u lekarza. Wielu zapewne zrobiło się szkoda boksera, który musiał skapitulować przed czyhającym w ukryciu bie niebezpieczeństwem. Jednak nasuwa się pytanie. Czy “wolna amerykanka”musi brać górę nad pięknem pojedynku dwóch równych sobie graczy? Oczywiście każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Pzdr R.H. w a(u)kcji


Autor:

Udostępnij Ten Post Na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.